niedziela, 28 lutego 2010

Z cyklu 'pojechane'

Wczoraj zasadniczo napisałem o co chodzi. Dzisiaj doszedłem do wniosku, że mimo wszystko, chcę skomentować to, co wczoraj napisałem po to, aby ktokolwiek, kto na to kiedykolwiek natrafi, spróbował to zrozumieć...
Dlaczego mi zależy na tym, aby ktokolwiek zrozumiał? Taki już po prostu jestem, że jeśli do czegoś jestem przekonany i wiem, że jest to pomocne w egzystencji, to się tym najnormalniej w świecie dzielę.

Nie pamiętam już ile razy pojawiła się we mnie myśl, że myśl jest czymś na kształt podstawy, fundamentu. Wczoraj był szczególny dzień, ponieważ w końcu sobie uzmysłowiłem o czym tak naprawdę tyle razy myślałem. Towarzyszyła temu totalna euforia i jednocześnie wszechogarniający spokój. Wszystko ma i jednocześnie nie ma znaczenia. Nawet w tej chwili mam tak, że z jednej strony pojawia się chęć podzielenia się czymś z innym człowiekiem, z drugiej zaś świadomość, że ten człowiek i tak musi sam sobie z tego zdać sprawę. Jestem może miliardową osobą, która podejmuje tę próbę i jakby nie ma to najmniejszego znaczenia.

Poczynię analogię, która już od początku jest okropnie zabawna bo nawet nie wiem skąd mi się ona wzięła.

Wyobraź sobie domek z klocków Lego.
To co chcę przekazać, to jest to, że pokazując Tobie ten domek, chcę Ci powiedzieć z czego on jest zbudowany.
Nie mogę dać Ci klocków i instrukcji budowy domu, ponieważ klocki są nieprzekazywalne.

Koniec analogii...

Chcę powiedzieć tylko i aż tyle, choć wczoraj tak naprawdę powiedziałem wszystko.
Czuję jednak, że mógłbym napisać kilkudziesięcio stronicową (a może nawet dłuższą) pracę, która zapewne nie spełniałaby ogólnie przyjętych standardów stawianych pracom naukowym. Nie spełniałaby tych standardów choćby dlatego, że przy tym wszystkim nie robiłbym przypisów i odnośników do jakichkolwiek istniejących dzieł, czy wytworów innej myśli.

To jest niesamowite uczucie - świadomość, że wiem o czymś, co było zawsze, ale to tak naprawdę zawsze. Gdzieś tam lata mi myśl - czy ja aby czasami nie jestem opóźniony w rozwoju, że dopiero teraz dokonałem odkrycia tego, co od samego początku miałem pod samym nosem?. Śmieszne jest to, że dynda mi to i powiewa...
W jakimś sensie byłem na to przygotowany, bo tej rewolucji towarzyszy niewymowny wręcz spokój. Czuję, że to jest jakby konsekwencja wcześniej zdobytej świadomości.

Najbardziej chyba fascynujące jest to, że jakby istota tego, co chcę przekazać powoduje, że nie mogę tego zrobić w inny sposób. Nie mogę się zacząć rozwodzić, bo w innym razie zacznę kategoryzować, szufladkować, przyporządkowywać albo, co gorsze, oceniać, tak jak to robią ci, którzy się określają mianem filozofów, czy innych mądrych tego świata. Nie umniejszam wartości ich pracy. To po prostu inna bajka... ;-)

Naprawdę polecam - warto zatrzymać się i pomyśleć...

Brak komentarzy: