środa, 18 listopada 2009

Zwrot akcji

Czy nagły to się okaże...
Dojrzałem do kolejnego kroku jeśli chodzi o blogowanie. Ostanie posty już mnie samego do pasji doprowadzają. Początkowo założeniem było, że nie będę tu zamieszczał określonych treści. Przed chwilą podjąłem decyzję o zmianie tego założenia, więc... czas dać szansę ewolucji! Nie mylić z rewolucją.

A zacznę od sytuacji, która mnie się była przydarzyła stosunkowo niedawno.

Poznałem faceta na romku. Już po przeczytaniu samego opisu do profilu zapaliło mi się żółte światełko, że facet ma zaniżone poczucie własnej wartości, no ale ja tak łatwo nie skreślam. Zdecydowałem się brnąć, znaczy w ogóle poznać.
To była niedziela - tydzień temu zresztą. Popisaliśmy trochę i facet potwierdził moje wrażenie, że z jego samooceną nie jest najlepiej. Nic to. Brnę dalej.
Umówiliśmy się na browar o 19:00. Postanowiłem, że się jeszcze zdrzemnę przed wyjściem. Budzik nastawiłem na 18:00 coby nie zapóźnić... Zapóźniłem i to jak cholera bo o 19:00 się ocknąłem. Od razu czułem, że coś jest nie tak czując, że w ręce ściskam telefon. Budzik zadzwonił jak było trzeba. Ja jakoś tego nie pamiętałem, przynajmniej nie wyraźnie...
Jakieś 5 po 19:00 nawiązałem łączność w celu dokonania przeprosin, bo czułem się jak ostatnia szmata. Dostałem zjebkę. Ok. Zasłużyłem ale sposób i argumenty, które usłyszałem spowodowały, że dostałem nagłej kurwy. Koleś mi tu o jakimś wystawianiu go do wiatru zaczął nawijać, o tym, że on mi się nie podoba, to po co się z nim umawiałem i w ogóle, nie da się tego powtórzyć.
Napisałem o tym wirtualnemu znajomemu, który był akuratnie na fellow. Ten mi doradził żebym zaprosił tego kolesia na browara. Ja mu odparłem, że w mordę jeża - W ŻYCIU GO NIE ZAPROSZĘ!!!
Długo nie czekałem, jak koleś sam wyskoczył z propozycją browara... Szczena mi odpadła... No ale ok. Czułem się winny. Polazłem. Gdzie? No zgadujta! Do Galerii! Milion razy koło niej przechodziłem idąc na zakupy w Hali Mirowskiej. Nie miałem pojęcia gdzie ten klub się mieści. Niewiedza jest błogosławieństwem.
Jakieś karaoke było... :-/ No ale nawet sympatycznie było. Było kilka osób, które nawet jakimś tam głosem możliwym dysponowały, także piania jakiegoś strasznego było niewiele.
Fajną sprawą było to, że nie znałem tam ani jednej osoby - nie licząc pani współwłacicielki chyba, i pana barmana, które to postaci znam i kojarzę ze starego, poczciwego Paradajsu. :-P Oj to były czasy! Lansowało się wtedy, będąc jednocześnie jedną z najbardziej niedostępnych osób jakie się tam przewijały. :-)))
Dziś wcale nie jest inaczej - podobno. Ja do śmierci będę w tym jednym jedynym względzie nieśmiały.
No... Popiliśmy sobie browarków. Po 3 czy może 4 się zaczęło... Ślimaki w publicznym miejscu! Obleśne! W każdym razie taki z tego kolesia mało-fizycznie-atrakcyjny-facet, że ja - ten co to ma we łbie tak chore i abstrakcyjne dla otoczenia zasady, postanowiłem dać sobie upust. Z dzisiejszej perspektywy stwierdzam, że nieźle ma nasrane w tym łbie.
Czy mam opisywać co robiliśmy potem w moim mieszkaniu? Eeeee. Te sprawy są tylko dla mnie.
Wyszedł ode mnie o 4 rano. O 7 czekała mnie pobudka do pracy... :-/ On miał wolne.

Mała dygresja w celu nagrania kontekstu.
Z tydzień przed wizytą zaplanowaną na poniedziałek zarejestrowałem się w LIMie koło miejsca pracy, coby wziąć skierowanie na badanie przeciw HIV.
Szczęśliwie, gdy koleś zagadał z rana, wygadałem się, że idę na badania a tu kacyk szaleje... On od razu skojarzył: badanie = w kierunku przeciwciał na HIV. No żesz kurwa piedolę! Nie ma na tym świecie innych badań, tym bardziej, że jak potem naliczyłem, czekało na mnie jeszcze 8 innych w kolejce... :-/ W każdym razie zaczęła się jazda na całego. Koleś mi pojechał, że go oszukałem, że dlaczego mu nie powiedziałem, że idę się badać, i chuja w ogóle pojebało go! Powiedział żebym mu dał znać jak już będzie wynik.
Polazłem na badanie. Wynik miał być o 20:00 o czym pojebanego poinformowałem. Powiedziałem mu, że w związku z jego schizą, odbiorę wynik jeszcze tego samego dnia mimo, że zamierzałem to uczynić w czwartek jako, że we wtorek z samego rańca jechałem służbowo do Gdańska a środa wolna przecież. No to on poprosił żebym mu dał znać o wyniku jak tylko będę wiedział i o spotkanie na ulicy jak już będę wracał do domu. Zrobiłem tak jak prosił. Treść smsa była krótka Ujemny.
Spotkaliśmy się w przelocie na rondzie ONZ. Dałem pojebanemu nawet papier z wynikiem do przeczytania. Powiedział, że dziękuje, że przeprasza ale się stresuje, i w ogóle. A ja sobie pomyślałem: współczuję ci koleś twojego podejścia do życia.
Pogadaliśmy jeszcze chwilę. Pojebany trochę się uspokoił ale ja za to byłem w co raz to większej kurwie, ale starając się cały czas nie dać tego po sobie poznać.
Potem popisaliśmy jeszcze trochę na romku i ostatecznie koleś mnie tak do czerwoności rozkurwił, że widziałem jak za oknem pojęcie Żelazną popierdalało...
Ostatecznie to pojebany mi napisał żeby się już do niego nie odzywał - efekt szczerej, niewyparzonej mordy jaką posiadam, tak przynajmniej ja skromnie uważam.
Ale nie oszukujmy się - ludzie nie są gotowi na prawdę. Tak się chwalą, że szanują, cenią ale jak przychodzi co do czego, to niestety. Ja to rozumiem, bo jak ktoś jest uwikłany w schematy i stereotypy, to kłamstwa, zachowywanie pozorów są w nie zaszyte. Chciałaby dusza do raju, ale to najpierw trzeba ze sobą porządek zrobić a nie pierdolić 3-po-3.

W ten oto szczęśliwy sposób zakończyła się przygoda z pojebanym. W każdym razie miejmy taką nadzieję. Teraz za dwa, czy trzy miechy już MUSZĘ iść na kolejne badanie, bo pojebanego, to szczerze powiedziawszy zdążyłem się zacząć bać...

Łoesu! Czego ci ludzie nie wymyślą?!

I chuj! I teraz jest dobrze! ;-)

Brak komentarzy: