poniedziałek, 16 lutego 2009

Tia...

Tia... to mój chyba najulubieńszy tytuł. Zresztą w mowie mówionej nie inaczej. ;-)

O tej robocie jeszcze mi się tak pomyślało. Maryś - to kolejny ciekawy przypadek. Tym razem klientem jest mój były pracodawca. Auć!
W każdym razie chciałem powiedzieć, że projekt, w którym miałem okazję zasłużyć sobie na tak miłe słowa, to był projekt rozbabrany i porzucony przez mojego poprzednika, który tak samo jak ten projekt, porzucił był też i firmę.
Poza tym szefo mój jakoś upodobał sobie wpierdzielanie mi rozbabranych projektów.
I tak, w dniu wczorajszym otrzymałem telefon od człowieka, który w jednym z takich projektów siedzi. Projekt trwa już jakiś czas. Właściwie powinien już być zamykany, a jeden z głównych jego uczestników nie wie co ma robić i dzwoni do mnie w tej sprawie w niedzielę kurwa kiele 11:00, kiedy to ja właśnie na dogrywce w łóżeczku czas miło spędzałem. I tak się zastanawiam co ludzie z sobą robią. Nie zastanawiam się po co, bo oni chyba tego sami nawet nie wiedzą. W każdym razie nie moja to rola, aby projektem zarządzać. Ja tylko jakimś malutkim trybikiem jestem, ale za to mam wrażenie, że najgłośniej chroboczącym...
Kij w mrowicho będzie jak nic!

Brak komentarzy: