środa, 21 stycznia 2009

Nie wiem jaki tytuł dać...

No to postanowiłem w końcu obejrzeć zakupiony na ulicy film biograficzny czy jakiś taki tam pt. Gandhi.
Oczywiście bardzo to niskobudżetowa produkcja. Gra aktorska kiepska no ale tu się szczególnie nie czepiam bo akurat nie o to w filmie chodzi, chociaż nie ukrywam, że kilka scen mogło być zagranych lepiej, tym bardziej, że tekstom nie starczało chwytliwości, to chociaż na emocjach można było lepiej pojechać.

Gandhi jako młody adwokat wykształcony w jukeju, podążył do RPA.
Jak się w końcówce filmu okazało, jego zażonopójście odbyło się, gdy on i jego wybranka posiadali po całe 13 lat!
To też trochę łagodzi sprawę ale mną aż trachło w trakcie oglądania jednej z początkowych scen.
W trakcie pobytu w domu, przybywa do Gandhiego reporter (Martin Sheen) i w pewnym momencie jest scena domowa - rozmowa Gandhiego z żoną, której fragment przytaczam.
Gandhi: Muszę wracać do reportera.
Jego żona: A ja muszę zagrabić i wyczyścić latrynę.
Słowa te padły zaraz po tym jak się okoniem kobieta postawiła, że za żadne skarby świata nie będzie się tak poniżała. Mąż idealista uważał, że każda praca jest cenna i zasługuje na szacunek.
Biedna kobieta!
Problem w tejże ekranizacji polega na tym, że przejście z buntu do poddania się woli męża, tudzież może nawet zrozumienia, akceptacji odbywa się w ułamku sekundy, w trakcie jednej sceny.
Toż to wątek życiowy wymagający lat na przerobienie, przebudowę swojego systemu wartości, który tu został absolutnie olany.
Klasyczne pierdolenie o wielkich sprawach, sukcesach, zasadach, wartościach można by rzec.

Kolejna scena, to przemówienie do rzeszy Hindusów. Wszystko pięknie. Może i ten człowiek mówił z pełnym przekonaniem o tym, że mogą mu łamać kości, albo nawet zabić w imię słusznej sprawy. Szkoda tylko, że tego nie było widać. Ja też tak mogę powiedzieć ale co sprawiło, że takiego przekonania nabrał? W jaki sposób posiadł taką wiedzę, która wydawałoby się jest oczywistą, powszechną.

No i jadziem dalej. Pierwszy marsz prostestacyjny. Anglicy próbują stratować tłum końmi. Gandhi w mądrości swej nieskończony radzi: połóżmy się to konie nas nie stratują.
Gra aktorska pozostawia praktycznie wszystko do życzenia a już sceny szokujących angielskie towarzystwo wypowiedzi w szczególności.

Jakiś angol: Jako hinduska, jak Pani zaakceptowała hańbę więzienia?
Żona G.: Źródłem mojej godności jest to, że podążam za mężem...
No kurwa jak to się ma do czyszczenia kibli, którą to czynność KAZAŁ pan Gandhi swej małżonce wykonywać???? Aha! Dodam, że na jej sprzeciw zareagował na zasadzie 'no to wypierdalaj stara!'...
No żesz kurwa! Pokazali by rozterki i męki, które ta kobieta musiała przejść, aby zmienić podejście w życiu, z istoty pysznej i dumnej, brzydzącej się pracy, na osobę mówiącą, i co ważniejsze myślącą, jak to wynika z odpowiedzi na pytanie! A może sekret pogrzebany jest w niemyśleniu...

Pracujący ludzie na polu ryżowym wygladają niczym zbieracze truskawek.
Ludzie w kamieniołomach pracujący w tunikach czy jak tam te szaty się poprawnie nazywają, nie wiem. Ja prosty chopak jestem. A właśnie! W trakcie jazdy pociągiem podczas podróży po Indiach, pokazany jest fragment jak Gandi coś pisze - pamiętnik jaki czy co. Jeśli to prawda, to zapewne jeśli cokolwiek warto, to właśnie do tego spróbować dotrzeć i poczytać...

Piękna scena, gdy Gandhi obiera ziemniaki a grupka elity (Hindusi wykształceni przez jukejowców ubrani w gajerki), siedzi na gołej ziemi i słucha, ba, nawet rozmawia z... no właśnie, z kim? Na ten moment brak mi jakiegoś sprawnego określenia na człowieka, który wydaje się szukać prawdy i sprawiedliwości. Po czym ci sami ludzie obrabiają mu dupę, gdy się tylko oddali.

Nie podoba mi się jakiekolwiek przywództwo. Kim trzeba być żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za życie drugiego człowieka?
Wszystko jedno czy to Gandhi, Jezus czy inny Dalajlama. Jak ma żyć człowiek, który chce jak najlepiej, nasłuszniej jak się tylko da, który jednak nie ma kontroli nad innymi i mieć jej nie będzie, bo to by było sprzeczne z tym co wyznaje? Jak pogodzić się z konsekwencjami? Zaakceptować? Czy walka o słuszne zasady, 'moje' zasady, choćby nie wiem jak słuszne, uprawniają mnie do tego żeby zginął w ich obronie choćby jeden człowiek?
Już sam nie wiem co trudniejsze - podążanie za takim człowiekiem czy bycie nim.

Filmu zapewne nie należy traktować jako źródła informacji o którymkolwiek bohaterze.
Nie należy go również traktować jako dawkę emocji bo szczerze powiedziawszy była tylko jedna scena, w której uroniłem łezkę ale i tak sam musiałem co nieco dorobić w swojej wyobraźni.
Ostatecznie nie ma co go oglądać dla super aktorskiej obsady, gry czy czegokolwiek.

Warto natomiast obejrzeć ten film po to, aby taki człowiek jak ja mógł zacząć myśleć o tej postaci. Być może nawet sięgnę po jakąś lekturę. Nie wiem ale coś mnie w tą stronę ciągnie. Życie pokaże.

Myślę, że za te 8 złociszy naprawdę warto było!

Aha, no i pioruńsko długi bo trwa 3 godziny...

Brak komentarzy: