sobota, 22 listopada 2008

Ku przestrodze

Skrywając się w Carrefour'ze przed kolejnym, tym razem weekendowym, nalotem potencjalnych nabywców nie mojego mieszkania, w którym mieszkam, kolejny raz dopadł mnie ten sam dylemat - kupić rodzynki do mojej paszy rodem z Iranu czy nie kupić?
Tym razem nie było rodem z USA, także dylemat był mniejszy. Były natomiast z Chile w opakowaniu o nazwie Carrefour. No to wziąłem chilijskie.
Pooglądałem jeszcze daktyle, migdały i inne z rodziny bakaliowatych, no i się okazuje, że tragedia! Jak nie Iran to USA! I bądź tu człowieku mądry...
A to wszystko za sprawą Kubostwora, który razu pewnego zwrócił mi uwagę na to co kupuję. No przyznaję się bez bicia, że czasem nie wiem co kupuję...

Idę spać.
Branoc!

Brak komentarzy: