poniedziałek, 1 września 2008

Come-back a lá wielbłąd...

No i kolejny zaspany poranek na Marinie...
Fajnie być u siebie.

U rodzinki było zajefajowo. Ostatni rok różnych doświadczeń zdecydowanie obfitował w zyski a nie straty...

Wczoraj jak się dorwałem do kompa to... to i przepadłem. Tak to już z tymi kompami jest.

Wracając wczoraj do domku, na skrzyżowaniu Racławickiej i Żwirek, stałem sobie i grzecznie czekając na czerwonym, zauważyłem dziwne coś. Coś się strasznie szybko i blisko mnie przetelepało. Okazało się to być samochodem jakimś. Opel chyba jakiś. Nie zwróciłem uwagi bo dziwnie krzywe koło mnie zdecydowanie bardziej zaintrygowało.
Dosłownie po chwili słyszę, że coś metalicznego toczy się za samochodem. Patrzę a tu śróbka! Szczęśliwie kierowca samochodu się zorientował co się wydarzyło, no przynajmniej z grubsza. No i żarówka! Czekam na zielone sposobiąc się do sprintu po skrzyżowaniu w celu wyłapania zaginionych śróbek.
Jest zielone i bach jedna śróbka w łapie. Lecę po drugą ale ona na środku prawie samiuteńkim i się zawachałem - no co? samochody w poprzek jechały. Jak wielbłąd popierdzielałem z tym swoim plecakiem...
O tak ale trochę słabo plecak widać... No i niewyraźna fota.


Dzięki temu może byłem trochę bardziej widoczny? Po chwili wahania kicnąłem na środek drogi, chyciłem śróbkę i byłem cały happy! Mission completed!
Podchodzę do pana od samochodu bo tuż za skrzyżowaniem, na przystanku autobusowym, się był zatrzymał i mówię, że nie wiem czy to cokolwiek pomoże ale znalazłem kilka śróbek... Pan podziękował. To miło. Nie! Nie zrobiłem tego dla usłyszenia miłego słowa!!!! Chociaż nie wiem... hmmm...
A to dowód, że Bartuś się czystą robotą się nie trudzi...

Brak komentarzy: