piątek, 27 czerwca 2008

Refleksja?

Wylazłem na chwilę na balkon... no i się zaczęło...
Wylazłem oczywiście coby zajarać, a że wichurzysko z deszczem takie nagłe przylazło, to po prostu nie mogłem się nadziwić i nacieszyć doznaniami z tego tytułu płynącymi.
W każdym razie postanowiłem napisać co mi do łba przylazło, gdy tak sterczałem na tym balkonie.
Przyszło mi coś do głowy i to w sumie było krótkie, szybkie i proste.
Zdecydowanie więcej czasu i energii pochłonął inny proces myślowy, mianowicie, zstanawiałem się co sprawiło, że akurat w tym momencie zacząłem myśleć o tym, o czym zacząłem myśleć... No i nie wykombinowałem. Lukałem dookoła czy może widok jakiejś rzeczy spowodował to moje myślenie, ale jakby nic takiego nie znalazłem. No ni w ząb nie wiem skąd mi się to wzięło.
A teraz to zasadnicze myślenie.
Oooooo! Wiem! Teraz mnie trachnęło! To się wzięło stąd, że przed oczami pojawiły mi się zdjęcia, które robiłem ostatnio i jakby ujrzałem taki słup tych zdjęć za jednym zamachem i odczułem jakby klimat takiej skomasowanej fotografii, ale pytanie skąd mi się ten obraz tych zdjęć przed oczami wziął, to pozostawiam psychiatrom pod rozwagę.
No właśnie. I o to się rozchodzi. Ta fotografia jest jak widać pod pewnym względem charakterystyczna. To co ją cechuje to jest pokazywanie środka, sedna, tego co przykuwa uwagę, to jest pozbawienie kontekstu, tego co rozprasza, tego co zaciemnia obraz.
No i tak też sobie pomyślałem, że jakie to życie by było beznadziejne, gdybyśmy nie potrafili tak spojrzeć na pewne sprawy, czy rzeczy.
W pracy kupę czasu zajęło mi wyrobienie sobie umiejętności patrzenia na jakiś element dorabiając do niego cały obrazek, to modne określenie mi się ciśnie, tzw. big picture.
W życiu frajdę przynosi bardzo często właśnie odwrotne podejście. Czasem ten duży obrazek też jest budujący ale w moim przypadku zdecydowanie muszę przyznać, że to te małe znacznie częściej i gęściej sprawiają, że czuję się happy.
I tak stojąc na tym balkonie patrzyłem na ogród, gdzie na pierwszy rzut oka widać jeden wielki trawnik - skąd inąd wydawałoby się niebiańska alternatywa dla betonów Stolycy!
Dzisiaj, zamieszczając posta, obiecałem, że to już koniec tortur bo mało tych kwiatków. I tak jak pomyślałem o tym wszechograniającym trawniku i tej kolumnie zdjęć, które rzuciły mi się na oczy, doszedłem do wniosku, że wcale nie jest ich tak mało. Ja po prostu ich nie zauważam, no przynajmniej nie tak często jak bym chciał.
Muszę powiedzieć, że jakoś dziwnie fajnie się czuję i to tylko dlatego, że to sobie uświadomiłem.
Ileż razy każdy z nas słyszał, że małe jest piękne... zazwyczaj to chyba o penisach myślą jak pada to określenie (no przynajmniej mi się to tak zazwyczaj kojarzy... hmmm... niepokojąca świadomość...), i to dziwaczne poczucie humoru towarzyszące temu powiedzonku przyćmiewa to, co za tym powiedzeniem naprawdę stoi. Sami się czasem łapiemy w pułapki własnoręcznie stworzone i przez to tak trudno dostrzegalne.
Kurwa! Co ja mam teraz z tą wiedzą zrobić????
Take it easy boy!
Się ułoży... we łbie oczywiście. Teraz to ino czasu trzeba.

Tak się jeszcze popatrzyłem na te swoje zdjęcia i tak sobie pomyślałem - a co jest w drugą stronę? Sprawa jest prosta jeśli ja widzę całą rzeczywistość a fotografuję i zamieszczam tu tylko jej cząstkę. Co jak zobaczę u kogoś innego taką cząstkę? Jak wygląda tamta cała rzeczywistość? Pierdolę! To dopiero jazda! Od takich rzeczy to skierowania do psychiatryka się można nabawić... albo i darmowego biletu w jedną stronę, bez jakichkolwiek skierowań i próśb... kaftan i po ptakach... Brrrryyyy!

Idę zajarać!!!!

Brak komentarzy: