niedziela, 20 kwietnia 2008

orgazm

Wylazłem ja dzisiaj na balkon coby zajarać. Tą razą wziąłem byłem ze sobą douszną wersję sprzętu audio. Jakoś tak się złożyło, że już jakiś czas nie słuchałem albumu As I Am by Alicia Keys no to sobie zapodałem... Słonko bosko przygrzewało. Zapaliłem papierosa. No i leci pierwszy kawałek, gdzie żadnych jeszcze odgłosów paszczą nie ma... takie intro znaczy się. FORTEPIAN! O mambo czarna! Mało się w gacie nie spuściłem... że o ciarach nie wspomnę - te się wzięły bynajmniej nie z zimna - tak mam jak słyszę fortepian. Podjąłęm decyzję, że podejmę się nie byle jakiego zadania bo muszę namierzyć określony gatunek muzyczny tudzież określone wykonania i utwory z fortepianem w roli conajmniej głównej o ile nie solowej. Kate Bush i Tori Amos jakie są takie są ale dają na fortepianie często a gęsto. Brak mi jednak czystego brzmienia. Najczęściej, najbardziej pożądanym fortepianowym dźwiękom towarzyszą niestety inne instrumenta. No i to temat chyba będzie na jakiś czas bo i portfela będzie uszczuplać albo raczej licznik w kompie będzie pokazywał co raz mniej bo ja gotówy nie zwykłem tachać.

No że takiej ekscytacji doświadczyłem to i zgłodniałem. Zeziarłem zatem jabłako, na tarasie skąpanym w słońcu. Nie miałem dosyć. Zrobiłem sobie habatki z cyklu Herbapol, jakieś tam ogrody czy coś, pt. Orzeźwienie. Dobrze, że tych chwastów ktoś nawyrywał bo herbatka przepyszna. Tą z kolei spożyłem na schodach wejściowych do chałupy i tu również na słonku. Hemiś się leniwie wyciągnął i gdy go dotknąłem coby pogłaskać to aż odruchowo łapsko swe cofłem bo gorący jak asfalt w lipcu był tenże kundlodog.
Wysiorpawszy napój wziąłem pod pachę swój idiotkamra i polazłem na spacera bo jak tu nie wykorzystać tak pięknej pogody?
Nie żeby moją intencją miało być zamęczanie kogokolwiek ale będzie teraz zdjęciowania ciąg dalszy... :-P

Na początek idą kwiatki i to jakby pozostawię bez komentarza - drugi raz się tłumaczył nie będę.

Fioły

Te to się chyba kaczyńskie nazywają...

Stokroty



Forsycja


A to dzikusy jakieś co to nie mam bladego pojęcia jak się nazywają. Ciekawe, że się cofnąłem w swoim marszu bo na początku tak sobie pomyślałem, że nic z tego ciekawego nie będzie ale... tak mnie trachło, że skoro tak pomyślałem to będzie dokładnie odwrotnie i stąd tytuł posta... na dalszym planie pierwszego zdjęcia widać już, że nie o kwiatki tylko się rozchodzi. Coś tam się czai w oddali (kilkunastu centymetrów)...

No i tu widać, że w jakże uroczym otoczeniu trwa ostra impra! Kto by pomyślał? Tak na mieście! Na oczach dzieci... Tego nie widać ale już nie chciałem za dużo fotek tu pakować, więc tylko dopowiem. Na innym kadrze był jeden delikwent, który chyba przesadził bo spierdalał na tory... bo to na torowisku się akcja dziej jakby co...
Tak mi się też przypomniało jak za berbecia lataliśmy z chopakami po okolicy i takich delikwentów to tu całkiem sporo było. Tramwajaże na nich mówiliśmy. Znaczy się branża się bawi! :-)

No teraz niech kto zgadnie co to jest?
Tak człapiąc i nie mając nadziei na żadne więcej ciekawe zdjęcie znalazłem kałużę! No taka trochę nietypowa bo to na takiej rabacie jakiejś ale zawsze mini sadzaweczka jest. To celowo tak zrobione coby odbijające się w wodzie słońce swój efekt dało.

A to ta sama kałuża tyle, że już pod innym kątem trachnięta...

A to meszek pospolity, mięciutki jak ta kaczuszka albo conajmniej velvet-srajtaśma...

A to takie ujęcie sobie bo słonko było to i mnie korciło...

Nawet na żaglówce ktoś sobie radośnie popierdalał, tyle, że daleko byłem a jak już nad wodę ściągnąłem byłem to już nawiał...

A w oddali to już sąsiadka nasza - Rasija...

A to aktualna fota sprawcy tego całego bajzlu...
To jest etap niejakiego przepoczwarzania się. Fryzjerka kazali to się robi. Jak nie wyjdzie to się ciachnie. W każdym razie jeszcze przez dwa tygodnie mam się tak puszczać z tą brodą...


Tak też się zbiegło, że na koniec posta, hłanes zawył mi do ucha ostatnią z albumu swego la vida es un ratico piosenką, która zaczyna się tak:
hagamos todos una bandera con manos negras, una bandera con manos blancas por un mundo mejor a potem jeszcze jest hagamos todos una sola bandera todos, derribemos fornteras todos i tak mi się wczorajszy film o Alexandrze przypomniał i ta jego idea, skąd inąd za obłąkaną uważana, a dla mnie jednak piękna i sokojnie z takim delikwentem wspólny język bym znalazł... no i proszę! Po prawie 24 wiekach wielki Alexander doczekał się kogoś kto zrozumiał o co mu się zasadniczo rozchodziło...

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

To nie kaczeńce a ziarnopłon wiosenny /Ficaria verna/

Bart pisze...

Ki czort o tej porze komenta do takiej historii odległej wziął był i zapodał?
Miłej, zimnej jak skurwysyn, wrześniowej nocki!

Anonimowy pisze...

Well noc juz listopadowa /brzmi patetycznie/ - czytam z rzadka wicej tekstu - więcej widać. Nie zimnej a cieplej nocy zycze - Czort

Bart pisze...

Dlaczego patetycznie?
Dla mnie jakoś nie ma różnicy czy czerwcowa czy listopadowa. No poza temperaturą oczywiście! :-D

Jednak Czort? - brzmi intrygująco! :-P

Anonimowy pisze...

To sciagniete z Twojego tekstu - ale mnie sie spodobalo - niewiem czy to intrygujace.
Jednak z Borutą /szlachecki diabeł/ czy Rokitą /chlopski/ niewiele mam wspolnego; z aniolami z reszta też. Ot to nie moja bajka.

Czort pisze...

A z ta patetycznoscia - byl chyba kiedys film o takim tylule - historia powstania nieziemsko przygnebiajaca i po polskiemu patetyczna stad tez to skojarzenie +
jesli mowimy o czyms intrygujacym - dla mnie ostatnio filmowo - Godziny - zadziwia mnie tym, ze w zaleznosci od stanu umyslu film przybiera inny wymiar.
Rozpisalem sie - a przeciez poki co pisanie to Twoja domena.

Pozdrawiam cieplo - Czort